Uważaj na głowę! Śmigus-Dyngus na łódzkim bruku w świetle szpalt 1913-1939

Z prasy Łódzkiej z okresu XIX-XX wieku. Zdjęcie poglądowe.

Oto moja przechadzka lokalnego przewodnika po szpaltach dawnej prasy łódzkiej nt. „Śmigus-Dyngus” dobiegła końca. Muszę przyznać, że kilka wycinków od 1913 do 1939 roku układa się w fascynujący, wielowymiarowy portret łódzkiej (i polskiej) obyczajowości.

A zatem dokonam podsumowania tej „mokrej” lekcji historii, którą zaserwowały nam łódzkie gazety z podanego okresu, jak „Gazeta Łódzka”, „Echo”, „Express Wieczorny Ilustrowany”, „Kurjer Łódzki” oraz „Ilustrowana Republika”.

Ewolucja „Śmigusa-Dyngusa” na łamach prasy 1913–1939.

„Śmigusowa żona”. Gdy wielkanocny żart zamienia się w dramat.

Oto „Gazeta Łódzka” z 1913 roku serwuje nam pełnokrwistą humoreskę pod tytułem „Śmigusowa żona”. To już nie jest tylko opis zwyczaju, to opowiadanie, które pokazuje, jak cienka granica dzieliła tradycyjną „swawolę” od prawdziwej, ludzkiej tragedii.

Dlaczego to opowiadanie jest tak ważne dla obrazu dawnej Łodzi?

  • Autor, kreśląc postać Antka Karasia – młodego robotnika walcowni – pokazuje nam, że Śmigus-Dyngus był często próbą sił w relacjach damsko-męskich. Antek, odtrącany przez dumną Zosię, traktuje polewanie jako sposób na „przełamanie lodów”, sposób na wymuszenie kontaktu z kobietą, która go ignoruje.
  • Scena, w której Zosia po oblaniu „wpada w spazmy”, krzycząc i płacząc na schodach kamienicy, to potężny kontrast dla beztroskich opisów zabawy, które znaliśmy z późniejszych gazet. Widzimy tu łódzką kamienicę, zbiegających się sąsiadów i wściekłą matkę, która nie przebiera w słowach, nazywając Antka „bałwanem, durem, młokosem, chamem”. To obraz niezwykle realistyczny, niemal naturalistyczny.
  • To fascynujące, jak bardzo zmieniło się podejście do „żartu”. W 1913 roku autor humoreski, mimo wyraźnej empatii wobec przerażonej dziewczyny, wciąż postrzega działanie Antka jako „śmigus”. Dla nas, czytelników z 2026 roku, zachowanie Antka to po prostu przemoc, która wymaga natychmiastowej interwencji.

„Śmigusowa żona” to najbardziej przejmujący tekst z dawnej prasowej kolekcji. Choć zredagowany jako „wesoła” humoreska, dziś czyta się go niemal jak dramat społeczny. To doskonałe świadectwo tego, jak dawniej, pod płaszczykiem wielkanocnej tradycji, kryły się emocjonalne konflikty, osobiste urazy i niezrozumienie między ludźmi.

To lektura, która pokazuje, że „prastary polski zwyczaj” w warunkach wielkomiejskiej Łodzi początku XX wieku nabierał zupełnie nowych, często bardzo bolesnych znaczeń.

Tym razem zaglądamy do numeru 77 popularnego dziennika „Echo” z soboty, 30 marca 1929 roku. Artykuł „Mokry dzień w mieście i na wsi” to kapitalny reportaż o tym, jak sto lat temu traktowano Śmigus-Dyngus – nie jako drobną psotę, ale jako skomplikowany, niemal rytualny system „podchodów” i nagród.

Raport z frontu wodnego. Śmigus-Dyngus według „Echa” z 1929.

Tekst z 1929 roku to prawdziwe kompendium wiedzy o tym, co nasi pradziadkowie nazywali „śmirgustem”. Redaktorzy „Echa” wykonali kawał solidnej roboty, zbierając opisy tradycji, które dziś w dobie plastikowych pistoletów na wodę, wydają się niemal egzotyczne.

Co przykuwa uwagę w tekście?

  • Autor barwnie opisuje wiejską dynamikę – parobkowie czekający w zasadzce przy studniach na dziewczęta, które „nie pozostają dłużne”. To już nie zabawa, to opisana z humorem „wojna”, w której orężem są wiadra, a jedynym celem jest „przemoczenie do nitki”.
  • Fascynujący jest fragment o genezie zwyczaju. Gazeta przytacza teorię, jakoby oblewanie wodą było pamiątką po wydarzeniach w Jerozolimie, gdzie miano wodą rozpraszać tłumy niewiast rozprawiających o zmartwychwstaniu. Co więcej, dowiadujemy się o magicznej mocy wody: polanie przy doju miało gwarantować… więcej mleka od krowy!
  • „Echo” nie zapomina o najmłodszych, którzy „porobiwszy specjalne sikawki”, wypadają nagle zza płotów. To dowód na to, że technologia śmigusowa ewoluowała długo przed Erą Plastiku.
  • Artykuł przypomina, że Śmigus to nie tylko woda, to także „kolędowanie”. Grupy chłopców z pomalowanymi twarzami, przebrani nie do poznania, chodzili od chaty do chaty, śpiewając okolicznościowe piosenki. Zapłatą nie były lajki, a jajka, kołacze, kawałki kiełbasy i sera.

Ten tekst to wspaniałe świadectwo czasu, gdy gazeta pełniła rolę edukacyjną, przypominając miastowym czytelnikom o ich wiejskich korzeniach. Czytając go, czuć zapach wiosennego błota, słychać piski „ofiar” i niemal czuje się smak śmigusowego kołacza.

Treść postu polecana  Popielec w tradycji katolickiej. Artykuł z 1926

Współczesny czytelnik może być zdziwiony jednym: artykuł wspomina, że dziewczęta ruszały na swój rewanżowy „śmigus” dopiero… trzeciego dnia świąt! Wyobraźcie sobie tę cierpliwość w oczekiwaniu na zemstę.

Ciekawostka z szpalty: Zwróćcie uwagę na pisownię. W 1929 roku redakcja używa zamiennie formy „śmirgust” i „śmigus”. To dowód na to, jak żywy i zmienny był wtedy język ulicy.

Wędrówka pokazała mi, jak zmieniało się postrzeganie tej tradycji w zależności od dekady i profilu gazety:

1. Od dramatu do zabawy. Przemiana nastroju.

  • W 1913 roku (Gazeta Łódzka) śmigus był traktowany niemal jako narzędzie społecznej opresji i „walki płci”. Humoreska o Antku Karasiu przypomniała nam, że w ciasnych łódzkich kamienicach lanie wody mogło skończyć się spazmami, interwencją sąsiadów i karczemną awanturą.
  • W latach 30. (Echo, Express) ton stał się bardziej analityczny i sentymentalny. Redaktorzy zaczęli szukać w dyngusie „prastarej swawoli”, próbując nadać mu ramy kulturowe i historyczne, by nieco osłodzić jego gwałtowny charakter.

2. Między wsią a łódzkim brukiem.

Gazety z lat 1929–1938 (szczególnie Echo i Kurjer Łódzki) wykonały tytaniczną pracę, by przypomnieć zurbanizowanym łodzianom o ich korzeniach. Dowiedzieliśmy się o:

  • Magii rolniczej czyli o polewaniu krów dla mleka.
  • Hierarchii zabawy w odróżnianiu „dyngusa” (wykupu) od „śmigusa” (lania).
  • Egzotyce w szukaniu źródeł zwyczaju u Birmanów, co świadczyło o ambicjach ówczesnej prasy, by łączyć lokalne podwórko z wielkim światem.

3. Śmigus jako wyzwanie logistyczne.

Finałowa lektura z Ilustrowanej Republiki (1939) to już czysta miejska satyra. Śmigus-Dyngus tuż przed wojną jawił się jako „dzień wysokiego ryzyka” dla dżentelmena w meloniku. Porada, by zamiast garnituru wkładać kostium kąpielowy, a zamiast kapelusza hełm, to genialne podsumowanie tego, jak tradycja zderzała się z nowoczesnym, miejskim stylem życia.

Czego nauczyli nas dawni redaktorzy?.

Z archiwum „Echa”. Gdy Śmigus-dyngus oznaczał prawdziwą „swawolę”.

Przeglądając łódzkie „Echo” z 19 kwietnia 1930 roku Nr wydania 108, natrafiamy na tekst, który jest prawdziwą perełką dla miłośników dawnych obyczajów. Artykuł zatytułowany „Była to swawola!… Śmigus-dyngus” to nie tylko krótka notka, to swoisty powrót do korzeni polskiej tradycji, podany w sposób barwny i z odrobiną nostalgicznego dystansu.

Czego możemy się dowiedzieć z tej lektury?

Tekst stanowi fascynującą lekcję historii wielkanocnego obyczaju. Autor artykułu zgrabnie przeplata ciekawostki językowe z historycznymi faktami, które dziś mogą wydawać się wręcz szokujące:

  • Czy wiecie, że kiedyś na wielkanocne polewanie mówiło się nie tylko „śmigus”, ale także „lejka”, „oblewanki”, a osoby biorące udział w zabawie nazywano „śmigustnikami”?
  • Najciekawszy fragment dotyczy interwencji synodu diecezji poznańskiej za czasów Władysława Jagiełły. Duchowni, zniecierpliwieni skalą wielkanocnej „swawoli”, wydali dekret „Dyngus prohibetur”, oficjalnie zakazując mężczyznom napastowania kobiet w drugie i trzecie święto.
  • Dzięki cytatowi ks. Andrzeja Kitowicza, przenosimy się w czasy panowania Augusta III. Dowiadujemy się, że dawny śmigus był demokratyczny – oblewali się wszyscy, od pospólstwa po „dystygowanych” (czyli osoby wyższe stanem). Co ciekawe, sposób polewania zależał od „stopnia zażyłości” i kultury: od subtelnego używania pachnącej wody, po ordynarne chlustanie wiadrami, które kończyło się, jak pisze kronikarz, wyglądem „jakby wyszli z jakiegoś potopu”.

Dlaczego warto to przeczytać?

Ten wycinek z 1930 roku to doskonały dowód na to, jak bardzo zmieniły się nasze obyczaje. Z dzisiejszej perspektywy opisana w „Echu” „swawola” wydaje się wręcz niebezpieczna dla odświętnych strojów i fryzur, a dawny „zakaz kościelny” pokazuje, że próby okiełznania wielkanocnego szaleństwa podejmowano już setki lat temu.

To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce poczuć ducha dawnej Łodzi – miasta, które, choć przemysłowe, w święta potrafiło celebrować tradycję z taką samą pasją, jak każdą inną aktywność.

Była to swawola!... Śmigus-dyngus. Echo 1930.04.19 Nr 108. Zbiory WBP w Łodzi. Domena publiczna.
Była to swawola!… Śmigus-dyngus. Echo 1930.04.19 Nr 108. Zbiory WBP w Łodzi. Domena publiczna.

Oto kolejny odcinek naszej podróży po łódzkiej prasie minionej epoki. Tym razem zaglądamy do „Expressu Wieczornego Ilustrowanego” z 27 marca 1937 roku. Artykuł „Śmigus-Dyngus w dawnej Polsce. Jak wieś obchodzi wesołą tradycję” to fascynujący przewodnik po terminologii i obyczajach, które dla pokolenia roku 1937 były już wspomnieniem, a dla nas są bezcenną lekcją historii.

Treść postu polecana  Frekwencja zerowa, entuzjazm również. Z kroniki łódzkiej Rady z 1864

Z archiwum „Expressu”. O tym, dlaczego „dyngus” to kiedyś nie była woda!

Dla współczesnego czytelnika największym zaskoczeniem w tym artykule będzie precyzja, z jaką przedwojenny autor rozbija popularne pojęcia na czynniki pierwsze. Gazeta odwala kawał dobrej roboty edukacyjnej:

Co warto zapamiętać z tej lektury?

  • Autor przypomina, że „śmigus” i „dyngus” to dwie różne rzeczy, które z czasem się zlały. „Dyngus” pierwotnie oznaczał… podarunek dla chłopców, którzy chodzili od domu do domu „po dyngusie” (czyli „po wykup”). Co więcej, „dyngusem” nazywano też niegdyś postną zupę owsianą, którą po Wielkim Piątku wylewano z garnków – to detal, o którym dziś mało kto pamięta!
  • Artykuł maluje niemal filmowy obraz wiejskich zalotów: parobek wchodzący na dach karczmy z miednicą, by uderzaniem w nią ogłosić, ile „szorowania” (wody, mydła, piasku) czeka daną dziewczynę. To opis, który świetnie oddaje ducha tamtych czasów – głośnych, nieco brutalnych, ale niezwykle barwnych.
  • Autor trafnie zauważa różnicę między żywiołowym „chlustaniem” ze studni na wsi a bardziej „cywilizowanym” (choć wciąż mokrym) obchodzeniem „dnia św. Lejka” w ówczesnych miastach.
  • Przywołanie surowej odezwy synodu diecezji poznańskiej za czasów Jagiełły pokazuje, że z wielkanocną „swawolą” nie potrafili sobie poradzić nie tylko włodarze miast, ale i najwyżsi hierarchowie kościelni.

Ten tekst z 1937 roku to świetna lekcja dystansu do tradycji. Pokazuje, że Śmigus-Dyngus nigdy nie był jednolitym świętem – w zależności od regionu, epoki i stanu majątkowego, mógł oznaczać wizytę z kolędą, zupę owsianą, obmywanie grzechów lub po prostu „wielką bitwę” przy studni.

Dla nas, czytelników z XXI wieku, to niezwykle cenny zapis tego, jak bardzo staraliśmy się – i wciąż staramy – ujarzmić wiosenne szaleństwo w ramy jakiejkolwiek tradycji.

Śmigus-Dyngus w dawnej Polsce. Jak wieś obchodzi ... Express Wieczorny Ilustrowany 1937.03.27 nr 86. Zbiory WBP w Łodzi. Domena publiczna.
Śmigus-Dyngus w dawnej Polsce. Jak wieś obchodzi … Express Wieczorny Ilustrowany 1937.03.27 nr 86. Zbiory WBP w Łodzi. Domena publiczna.

Przeglądając te materiały, zauważamy trzy kluczowe aspekty, które definiowały dawny Śmigus-Dyngus:

  1. Oblewali się wszyscy , począwszy od „pospólstwa” po „osoby dystygowane”, choć ci drudzy preferowali wodę różaną.
  2. Poznaliśmy terminy takie jak śmirgust, lejka, oblewanki czy chodzenie po dyngusie.
  3. Od czasów Jagiełły po lata 30. XX wieku władze (świeckie i duchowne) bezskutecznie próbowały okiełznać tę „powszechną swawolę”.

Słowo końcowe przewodnika

Dziękuję za tę podróż. Te pożółkłe strony gazet to coś więcej niż tylko relacje z mokrego poniedziałku, to dowód na to, że łodzianie zawsze mieli poczucie humoru, szacunek do tradycji, choć czasem specyficznie pojmowany, i niezwykłą literacką fantazję.

Mam nadzieję, że te recenzje pozwoliły Państwu spojrzeć na dawną Łódź nie tylko jako na „miasto kominów”, ale jako na miejsce żywe, pełne emocji, żartów i… wody lejącej się strumieniami.

Egzotyka w podłódzkiej zagrodzie. Śladami Birmanów w „Kurjerze Łódzkim”.

Zaglądając do numeru 105 „Kurjera Łódzkiego” z 16 kwietnia 1938 roku, natrafiamy na tekst, który znacznie wykracza poza ramy zwykłego opisu świątecznych zwyczajów. Autor artykułu „Prastare pochodzenie tego zwyczaju. U Birmanów i pierwszych chrześcijan” zabiera nas w podróż antropologiczną, by odpowiedzieć na pytanie: skąd właściwie wzięło się to całe wielkanocne polewanie?

Co w tym materiale zachwyca najbardziej?

Tekst ten to doskonały przykład przedwojennego dziennikarstwa popularnonaukowego, które łączyło lokalne tradycje z historią świata:

  • Autor nie ogranicza się tylko do naszego podwórka. Szuka korzeni Śmigusa-Dyngusa aż w dalekiej Birmie, wskazując na tamtejszy kwietniowy rytuał noworoczny, w którym woda służy jako symbol oczyszczenia z grzechów starego roku. To fascynujące zestawienie – egzotyczna tradycja Wschodu kontra swojskie polewanie „przy studniach”.
  • Artykuł przywołuje trzy główne teorie pochodzenia zwyczaju: od biblijnej (rozpraszanie wiernych wodą w Jerozolimie), przez chrystianizację Polski (masowe chrzty w wodzie), aż po wspomniane wcześniej tradycje azjatyckie.
  • „Kurjer” staje się tu wnikliwym badaczem etnograficznym, wyjaśniając różnice między dyngusem a śmigusem, które na Mazowszu i Kujawach były traktowane jako zupełnie inne zjawiska. Czytamy tam o dyngusie jako formie wielkanocnej „kolędy” (zbieraniu datków na biesiadę) i śmigusie jako o właściwym polewaniu.
  • Prawdziwą perełką jest opis zwyczaju z ziemi kujawskiej, gdzie chłopak wchodził na dach karczmy z miednicą, by „wyrokować”, ile wody i mydła potrzeba do „wyszorowania” danej dziewczyny. To obrazek wręcz filmowy, oddający ducha dawnej wsi.
Treść postu polecana  Boisko jako lustro obyczajów. Etyka sportowa wg prasy łódzkiej z 1924

Tekst z 1938 roku to lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą zrozumieć, że Śmigus-Dyngus nie zawsze był tylko zabawą – był to system społecznych relacji, oczyszczenia i wielkanocnego świętowania, który miał swoje bardzo głębokie, sięgające tysiącleci korzenie.

Dla nas, współczesnych łodzian, ten wycinek jest przypomnieniem, że nasza prasa potrafiła kiedyś z wielką pasją łączyć światowe ciekawostki z naszą, lokalną obyczajowością.

Śmigus-Dyngus. Wesoły Kos. Ilustrowana Republika 1939.04.08 Nr 98. Zbiory WBP w Łodzi. Domena publiczna.
Śmigus-Dyngus. Wesoły Kos. Ilustrowana Republika 1939.04.08 Nr 98. Zbiory WBP w Łodzi. Domena publiczna.

„Wesoły Kos” kontra wielkanocna rzeczywistość. Felieton, który bawi do łez.

Zaglądając do rubryki „Wesoły Kos” w „Ilustrowanej Republice” z 1939, Nr 98, dostajemy coś zgoła odmiennego od poprzednich, historyczno-etnograficznych artykułów. To już nie jest naukowy wywód o korzeniach zwyczaju, lecz błyskotliwy, pełen humoru felieton obyczajowy, który pokazuje Śmigus-Dyngus od jego najbardziej… „mokrej” i kłopotliwej strony.

Dlaczego to czytadełko zasługuje na uwagę?

  • Główny bohater, elegancki Franuś, to ucieleśnienie miejskiego dżentelmena, który zapomniał, że w poniedziałek wielkanocny wyjście na miasto w „meloniku” to igranie z ogniem (a raczej z wodą). Jego perypetie – od „powitania” garncem wody przy drzwiach sąsiadów, przez spotkanie z „pomyjami” w parku, aż po ucieczkę przed łódzkimi wyrostkami – są opisane z taką lekkością, że niemal widzimy tę scenę oczyma wyobraźni.
  • Choć tekst jest „wesoły”, przebija z niego nuta goryczy – dla ówczesnego mieszkańca Łodzi Śmigus-Dyngus bywał męką. Autor genialnie puentuje to poradą lekarską: „Proszę pana, niech pan nigdy nie wychodzi w dyngus na ulice. A jeśli będzie pan musiał to zrobić, zamiast garnituru, niech pan włoży kostium kąpielowy, a zamiast kapelusza – hełm”.
  • Felieton jest naszpikowany detalami, które budują klimat przedwojennej Łodzi: wspomnienie o „marynarce”, „meloniku”, czy parkowej ławeczce, na której Franuś szukał spokoju. To świetny zapis mody i obyczajowości końca lat 30.

Ten felieton to dowód na to, że w 1939 roku dziennikarze potrafili pisać z ogromnym dystansem do tradycji. „Ilustrowana Republika” serwuje nam opowieść, w której Śmigus-Dyngus przestaje być „prastarym zwyczajem”, a staje się społecznym wyzwaniem, wymagającym od mieszkańca miasta nie lada sprytu i hartu ducha.

To lektura, przy której można się szczerze zaśmiać, a jednocześnie poczuć klimat miasta, które już za kilka miesięcy miało stanąć w obliczu o wiele trudniejszych wyzwań niż wielkanocne oblewanie.

Śmigus-Dyngus w dawnej Polsce. Jak wieś obchodzi ... Express Wieczorny Ilustrowany 1937.03.27 nr 86. Zbiory WBP w Łodzi. Domena publiczna.
Śmigus-Dyngus w dawnej Polsce. Jak wieś obchodzi … Express Wieczorny Ilustrowany 1937.03.27 nr 86. Zbiory WBP w Łodzi. Domena publiczna.

Źródło.

  • Śmigusowa żona. Humoreska Gazeta Łódzka 1913.03.22 Nr 68.
  • Mokry dzień w mieście i na wsi. Smigus-Dyngus Echo 1929.03.30 Nr 77.
  • Była to swawola!… Śmigus-dyngus Echo 1930.04.19 Nr 108.
  • Śmigus-Dyngus w dawnej Polsce. Jak wieś obchodzi wesołą tradycję Express Wieczorny Ilustrowany 1937.03.27 nr 86.
  • Śmigus-dyngus. Prastare pochodzenie tego zwyczaju u Birmanów Kurjer Łódzki 1938.04.16 Nr 105.
  • Śmigus-Dyngus. Wesoły Kos Ilustrowana Republika 1939.04.08 Nr 98.
  • Źródło: Gazeta Łódzka 1913, Echo 1929-1930, Express Wieczorny Ilustrowany 1937, Kurjer Łódzki 1938, Ilustrowana Republika 1939.
  • Zbiory: Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Łodzi.
  • Prawa: Domena publiczna (Public domain).
  • Typ: Gazety.

Views: 19