Spacer przez Plac Bronisława Sałacińskiego, a tu szare murki nie takie z katalogu IKEA, tylko z duszą i warstwą sprayu. Nie ma tu Wenecji, ale za to jest nurek w hełmie, który chyba szuka zatopionych wspomnień z PRL-u. Obok twarz nie do końca wiadomo, czy to artystka z Marsa, czy pani z urzędu. Sztuka uliczna jak ciotka z kasą weselną jest wszędzie i nie da się jej nie zauważyć.
Rampa, trawa i mur mówią: „Patrz! To jest moje podwórko, moje emocje. I choćbyś był z Mokotowa, masz patrzeć z szacunkiem.”
Potem lecisz w stronę ul. Barbary Sass-Zdort i co widzisz? Mur, Polska, patriotyzm w sprayu. Nie w sejmie, nie w muzeum, tylko tu, między biblioteką a chodnikiem. Czerwono-biała jak barszcz z Wigilii, wykrzykuje: „Tu jest mój dom!” Ktoś to zrobił, może lokalny Banksy, może Edward spod piwnicy z farbami. Nieważne. Ludzie idą, patrzą, komentują, może nawet przystaną jak przy kiosku z Totolotkiem.
Tuż obok mural, gdzie Einstein i hip-hop siedzą przy jednym stole. Czapka, okulary i mina jakby właśnie wynalazł sposób na wieczne wakacje. Miasto gra hymn i disco polo równocześnie. Jak życie: raz patos, raz puszka coli.
No i na koniec perełka oto tafla wody na placu Janusza Szoslanda. Niby staw, niby odbicie, a człowiek się zamyśla bardziej niż na lekcji filozofii. Budynki w odbiciu jak z katalogu PRL-u, a niebieskie okna wyglądają podejrzanie dobrze. Beton dookoła, jak granica między snem a rzeczywistością. Można usiąść, wyjąć termos z herbatą, co już dawno powinna przejść na emeryturę i kontemplować.
Jak mówił mój wujek z Torunia: „Kałuża to lustro dla tych, co nie lubią patrzeć w oczy.” I tak właśnie Łódź opowiada swoje historie: trochę przez mur, trochę przez wodę, ale zawsze prosto z serducha.
Graffity w rejonie Placu Bronisława Sałacińskiego i Bramy Miasta Łodzi.

A był to dzień letni, kiedy nogi poniosły mnie w sam środek plątaniny murów, co to bardziej przypominają afrykańską chatę po starciu z nosorożcem niż europejską architekturę. Idę sobie, aparat pod pachą, a tu nagle schody. I nie takie, żeby tam wejść do nieba. Betonowe, pospolite, bez złudzeń. Obok rampa, jakby dla tych, co woleliby zjeżdżać z życia z poślizgiem.
Ale to nie schody były bohaterem tej opowieści, to one tylko tłem dla sztuki ulicznej, która rozsiadła się tam jak ciotka na weselu: szeroko, odważnie, bez zahamowań. Mury pokryte bohomazami, znakami, tagami, jakby Picasso miał słabszy dzień i postanowił zostawić to na pamiątkę. Patrzę, a tam nurek! Nie taki zwykły, tylko w hełmie jak z czasów, kiedy jeszcze kopano w mule rzeki. Człowiek ten, choć wymalowany, sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał się odezwać: „Panie! Tu się oddycha historią!”
Tuż obok twarz, nie wiadomo czy kobieta, czy kosmita, ale spojrzenie miała jak urzędniczka w wydziale meldunkowym. Morał? Sztuka uliczna to nie tylko bazgroły, to taki ludzki sposób na wykrzyczenie: „Patrzcie na mnie! Ja też istnieję!”
A na końcu, przy rampie, kawałek trawy — jakby natura powiedziała: „Dobrze, że chociaż trochę o mnie pamiętacie, mieszczuchy.”
Polska na murze przy ulicy Barbary Sass-Zdort przy Juliana Tuwima w sąsiedztwie TUVIM Biblioteki Miejskiej.

No i idę sobie przez plac Bramy Miasta do ulicy Barbary Sass-Zdort. Patrzę, a tu Polska. Tak. Na murze. Nie na mapie, nie w atlasie, tylko w betonowym wydaniu. Czerwono-biała, jakby powiedzieć: „Tu bije serce ojczyzny, nawet jeśli wali trochę farbą”.
Ktoś nie tylko miał wizję, ale i pędzel z zacięciem. Wymalował nasz piękny kraj na ceglanej ścianie, jakby chciał powiedzieć: „Jak cię bije duma narodowa, to się nie kryj, pokaż ją sąsiadowi zza kiosku”. Śmiałek, artysta, patriota, a może wszystko naraz. Może nawet lokalny wariat z farbą w kieszeni. Ale zrobił to, a ludzie przechodzą i mówią: „E, patrz, Polska!”.
Z boku jakiś budynek z graffiti, co wygląda jakby Einstein wrócił z Woodstocku. Okularki, czapeczka i mina „Znam się na rzeczy”. Tu człowiek nie wie, czy to filozof czy ziomek z osiedla, co kiedyś wygrał turniej szachowy, a potem został DJ-em. I to mi się podoba! Kontrast. Tu powaga narodu, tam uśmiech z puszki sprayu. Jak w życiu — raz hymn, raz disco polo.
Zieleń, chodnik, trochę nowoczesności w tle. Miasto tętni, ale mural stoi. Jakby mówił: „Nieważne, czy biegniesz po zakupy czy gubisz się w myślach, pamiętaj skąd jesteś. Tu jest Polska. I nie pytaj czemu akurat na tej ścianie. Może ta była wolna, może najlepiej świeciło.”
Tafla wody na placu Janusza Szoslanda w rejonie Bramy Miasta Łodzi.

Jak się okazuje, wystarczy odwiedzić staw, który zdaje się mieć więcej osobowości niż przeciętny influencer. Oto tafla wody tak spokojna, że aż podejrzana. Refleksy w niej nie tylko malownicze, ale wręcz filozoficzne. Widzimy budynki i typowa polska cegła, czyli materiał, który w PRL-u był równie popularny jak paprotka na parapecie. Okna niebieskie, drzwi niebieskie i nie wiadomo, czy to osiedle czy test wzroku u okulisty.
Ale najpiękniejsze w tym jest to, że woda, jak to woda, odbija wszystko bez uprzedzeń. I tak oto zamiast podziwiać budynki, człowiek patrzy w ich odbicie i myśli: „No ładne… ale czy to się nie zapadnie?”. Gdyby głębie tej kałuży mogły mówić, pewnie opowiadałyby o dzieciakach, które wrzucały tam kapsle, i o gołębiach, które pomyliły to miejsce z spa.
Ten betonowy obrzeżek wokół wody to jak granica między rzeczywistością a snem — człowiek siedzi na krawędzi i kontempluje istnienie. A jak już kontempluje, to wypada wyjąć termos, najlepiej w stylu lat 70., i nalać sobie herbaty z cukrem, co się skrystalizował od zeszłej jesieni.
I jeszcze, jak mawiał wujek z Torunia: „Piękno to nie kwestia marmuru, tylko tego, czy wiesz, gdzie patrzeć.”
Index.
- Plac Bronisława Sałacińskiego.
- Rampa i schody przy placu.
- Ul. Barbary Sass-Zdort.
- Sąsiedztwo TUVIM Biblioteki Miejskiej.
- Ul. Juliana Tuwima.
- Brama Miasta Łodzi.
- Plac Janusza Szoslanda.
- Betonowy obrzeżek wokół stawu.
Tytuły powiązane z kategorią i tagiem.
Views: 76
